– Wiele firm przyzwyczaiło się, że pracownika zawsze można zatrzymać na niepłatne nadgodziny, albo poinformować go, że nie pojedzie na urlop, bo jest robota do wykonania. W odwodzie funkcjonował szantaż: „na twoje miejsce w kolejce czeka 20 innych!” – mówi Adrian Zandberg z Partii Razem.

– Nie chodzi o to, żeby odsiedzieć w pracy więcej godzin, tylko żeby te godziny były sensownie przepracowane. Kultura wielu firm jest niestety taka, że nie wypada wyjść z pracy, jeśli szef jeszcze nie wyszedł. I nie ważne, czy się wtedy robi rzeczy, które mają sens, czy ukradkiem siedzi się na Facebooku. Byle odsiedzieć swoje – dodaje Zandberg.

Wojciech Matusiak: Wielu ekspertów twierdzi, że mamy obecnie rynek pracownika. Czy to dobry czas na podwyżkę?

Adrian Zandberg: Niewątpliwie polscy pracownicy zarabiają zbyt mało. Ich udział w produkcie krajowym, czyli tym, co wszyscy wypracowujemy, jest niski. To bolączka polskiej gospodarki od dawna. Jeśli porównamy się nie tylko z krajami Europy Zachodniej, ale też z innymi krajami naszego regionu, to widać, że kawałek tortu, który przypada w Polsce pracownikom, jest zbyt mały. To zresztą jedna z barier rozwojowych naszego kraju. Praca jest traktowana w wielu branżach jak zasób, którego – w przeciwieństwie na przykład do maszyn – nie trzeba szanować. Przez to wiele pracy się marnotrawi. I teraz to się na polskich firmach mści.

To znaczy?

Wiele firm przyzwyczaiło się, że pracownika zawsze można zatrzymać na niepłatne nadgodziny, albo poinformować go, że nie pojedzie na urlop, bo jest robota do wykonania. W odwodzie funkcjonował szantaż: „na twoje miejsce w kolejce czeka 20 innych!”. Na naszych oczach ten szantaż przestaje działać. Nagle pracowników zaczęło brakować. Ze względu na demografię, ale też dobrą koniunkturę międzynarodową. Dlatego te firmy, które uzależniły się od wyzyskiwania i złego traktowania pracowników, zaczynają padać. I to akurat dobra wiadomość.

Przecież tani pracownicy sprawiają, że polskie towary i usługi są konkurencyjne na rynku.

To, co działało kiedyś, nie będzie już działać w przyszłości. Nie można wiecznie dziadować. Ten patologiczny model funkcjonowania firm – byle jak, byle tanio – sprawdza się tylko do pewnego poziomu rozwoju gospodarczego. Dalsze konkurowanie niską ceną pracy skazywałoby nas na wieczny pobyt w pułapce średniego rozwoju. Polska musi dziś wykształcić nowe przewagi konkurencyjne.

Adrian Zandberg

Czas wziąć wzór z innowacyjnych gospodarek, które wprowadziły uczestnictwo pracowników w zarządzaniu. Prezesi muszą w końcu zrozumieć, że zmuszanie ludzi, żeby za marne pieniądze siedzieli w firmie po kilkanaście godzin dziennie, nijak nie poprawi konkurencyjności. Model oparty na taniej pracy po prostu się wyczerpał. Zwłaszcza, że tuż za naszą granicą czeka konkurencja, która może zaoferować jeszcze niższe wynagrodzenia. 

Na przykład firmy z Ukrainy albo Rumunii.

Dokładnie. Ale jest też dobra informacja: to dobry czas na zmianę. Warunki sprzyjają, po raz pierwszy od lat sytuacja zewnętrzna jest stabilna, a bezrobocie stosunkowo niskie. Pewne rzeczy udało się ruszyć – jest w końcu minimalna stawka godzinowa. Ale nie chodzi tylko o poprawę dla najniżej opłacanych stanowisk. Muszą wzrosnąć także pensje tych pracowników, którzy dziś zarabiają w okolicy średniej. 

Pracodawcy mówią, że owszem – chcieliby dawać podwyżki – ale wydajność pracy w Polsce jest bardzo niska. Pod względem wydajności ciągniemy się w europejskim ogonie. Wyprzedza nas m.in. Słowacja i Grecja.

Bardzo chętnie porozmawiam z organizacjami pracodawców o wydajności pracy. Bo cóż to tak naprawdę jest? Przecież tu nie chodzi o to, czy ktoś jest pracowity. Gdyby Polacy byli leniami, to nie byliby rozchwytywani za granicą. W Anglii czy Norwegii mamy opinie bardzo rzetelnych, bardzo pracowitych i bardzo zaangażowanych. Wracamy do Polski – i nagle przestajemy dobrze pracować? Bzdura.

Skąd więc bierze się pana zdaniem niska efektywność pracy w Polsce?

To efekt kiepskiego zarządzania i zacofania technologicznego. Taka jest przykra prawda. Zarządy rozleniwiło to, że pracowników jest zawsze pod dostatkiem i są oni tani. Po co inwestować w nowe technologie, skoro łatwiej wycisnąć więcej z pracowników? Kultura wielu firm jest niestety taka, że nie wypada wyjść z pracy, jeśli szef jeszcze nie wyszedł. I nie ważne, czy się wtedy robi rzeczy, które mają sens, czy ukradkiem siedzi się na Facebooku. Byle odsiedzieć swoje, bo w złym tonie jest wyjść przed przełożonym. To marnowanie czasu i sił. W nowoczesnej gospodarce potrzeby jest balans pomiędzy pracą a prawdziwym czasem wolnym. Jeżeli pracownicy nie będą mieli czasu, żeby odpocząć z rodziną, pobawić z psem, pójść do kina czy do lekarza – to na dłuższą metę będą mniej zaangażowani, będą gorzej pracować i generować niższą wartość.

Ale z drugiej strony wiele razy słyszałem, że pracowników trzeba pilnować, bo inaczej się obijają. Jeden z kierowników opowiedział mi, że gdy spuści z oka swoich ludzi, idą na papierosa albo kawę. Może Polakowi potrzebny jest bat nad głową?

Takie zachowanie jest naturalną reakcją, gdy pracownicy czują, że nie są traktowani podmiotowo. Człowiek traktowany jak chłop pańszczyźniany zaczyna się bronić – takimi narzędziami jakie ma. I wymachiwanie batem nic tu nie pomoże. Gdyby taki model działał, to pańszczyźniana Polska nie przegrałaby parę wieków temu konkurencji z modernizującym się Zachodem.

Czas pracy i kultura zarządzania w firmach to nie jest tylko kwestia jakości życia pracowników. Gra toczy się o to, czy Polska stanie się krajem wysoko rozwiniętym, czy zostanie w peletonie średniaków już na zawsze. Jeśli chcemy mieć w kraju tylko sortownie Amazona i prymitywne montownie, które Chińczycy zakładają, żeby wwieść swoje produkty na teren Unii Europejskiej – to ok, możemy nic nie zmieniać. Ale daleko tak nie zajedziemy. 

Czas zrozumieć, że bat nie jest dobrym narzędziem do zarządzania zespołem ludzi. Mam wrażenie że ta prawda wielu polskim prezesom, którzy odnieśli sukces w latach 90., jakoś umknęła. Dobrze, żeby ją przyswoili, zanim gospodarka zacznie łapać przez nich zadyszkę.

Czyli?

Będą problemy z obsadzeniem stanowisk. Rynek się zmienił, firma musi umieć nie tylko zatrudnić pracownika, ale jeszcze go utrzymać, zachęcić do doskonalenia umiejętności. A tego metodami rodem z folwarku po prostu zrobić się nie da.  Do tego te proste prace, na których opierał się do tej pory wzrost gospodarczy Polski, będą odgrywały coraz mniejszą rolę. A w nowych branżach niezmiernie wiele zależy od tego, czy pracownik dokłada swoją kreatywność i zaangażowanie. Praca to coraz rzadziej przekładanie śrubki z taśmy do pudełka. Nie chodzi o to, żeby odsiedzieć więcej godzin, tylko żeby te godziny były sensownie przepracowane. Żeby tak się stało, trzeba zobaczyć w pracownikach współgospodarzy firmy. To nie jest science-fiction, to praktyka najbardziej innowacyjnych gospodarek świata.

Tak jak w firmach skandynawskich.

Tak, ale nie tylko. Przecież na tym opierał się też model reński. Jeśli pan spojrzy na największe niemieckie firmy motoryzacyjne, to zobaczy pan, że one operują w oparciu o zasadę Mitbestimmung, współstanowienia. W skrócie chodzi o to, że przedstawiciele pracowników są wybierani do zarządów firm i mają w tych zarządach równoprawny głos. To opłaca się firmie. Nie chodzi tylko ukłon w stronę pracowników.

O co jeszcze?

Pracownicy są w stanie dostrzec problemy, których pan prezes z perspektywy swojego gabinetu, choćby nie wiem jak się starał, nie zobaczy. Dzięki temu łatwiej doskonalić procesy produkcyjne, poprawiać jakość świadczonych usług.

Podmiotowa rola pracowników to – moim zdaniem – odpowiedź na pytanie o źródło sukcesu nowoczesnych branż gospodarek skandynawskich czy gospodarki niemieckiej.

Co można zrobić, żeby zmieniać podejście do zarządzania w Polsce?

Potrzeba nowego prawa, które ułatwi organizowanie się. Bez zorganizowanych pracowników nie będzie dialogu społecznego. W Polsce w wielu branżach nie ma ani związków zawodowych, ani organizacji branżowych pracodawców. Po prostu nie ma komu usiąść do stołu, żeby – jak to się dzieje w krajach Europy Zachodniej – wypracować porozumienia branżowe. Takie porozumienia to elastyczna metoda regulowania płac. Ale żeby działała, państwo musi ułatwić zawieranie takich układów.

Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku doszło do 1,5 tys. strajków pracowniczych. W 2015 r. i 2016 r. było ich zaledwie po kilkanaście.

Ludzie czują, że idzie zmiana. Do Partii Razem coraz częściej trafiają pracownicy, którzy chcą się zorganizować w związki zawodowe, chcą walczyć o swoje prawa, pytają o pomoc prawną. Ludzie mają poczucie, że można podnieść głowę. Potrzebujemy prawa, które ułatwi zakładanie organizacji pracowniczych, ale też zachęci pracodawców, żeby zrzeszali się w organizacjach branżowych. Sprawić, żeby porozumienia branżowe przestały być jak bajka o żelaznym wilku, o którym wszyscy słyszeli, ale nikt nigdy nie widział. A kiedy ludzie będą w stanie organizować się i zbiorowo negocjować – wtedy płace będą wyższe.

 

Adrian Zandberg jest programistą, wykładowcą akademickim, członkiem zarządu krajowego Partii Razem.

Rozmawiał Wojciech Matusiak.