Zbiórki społecznościowe (crowdfunding) są powszechnie znaną na świecie metodą finansowania małych przedsięwzięć. Z tego właśnie wywodzi się też equity crowdfunding – model, w którym inwestorzy – za wsparcie drobnymi kwotami, uzyskują udziały w startupach.

Mimo, że pierwsze inwestycje realizowane tą metodą pojawiły się ledwie osiem lat temu, a regulacje prawne istnieją do kilku lat, wielu analityków widzi w crowdfundingu udziałowym model finansowania, który płynnie uzupełni lukę finansową tworzoną przez fundusze Venture Capital (VC), coraz bardziej unikające ryzykownych inwestycji.

W czerwcu 2017 r. Władze GPW i firma Beesfund ogłosiły start akceleratora, który ma zwiększyć ilość debiutów na rynku głównym i NewConnect, szczególnie biznesów innowacyjnych. Funkcją akceleratora ma być przede wszystkim umożliwianie networkingu, zainteresowanie spółek giełdowych startupami, a także pomóc w pozyskiwaniu klientów wśród spółek notowanych na GPW, wsparcie w budowaniu relacji i ułatwianie kontaktu start-upów z inwestorami z rynku kapitałowego. Szczególnie ciekawym elementem tej inicjatywy jest platforma Beesfund, operująca na dynamicznym i nowym rynku crowdfunfingu udziałowego (equity crowdfunding). Pełniący wówczas obowiązki prezesa Giełdy Jarosław Grzywiński podkreślał, że:

Rynek kapitałowy może wesprzeć innowacyjne firmy we wczesnej fazie rozwoju i przygotować je do późniejszych emisji na rynku NewConnect bądź Głównym Rynku.

Crowdfunding udziałowy rozwija regulacje prawne, zdobywa inwestorów

W crowdfundingu udziałowym osoby finansujące rozwój przedsiębiorstwa, otrzymują udziały w nim. To główny element różniący tę metodę od tradycyjnego crowdfundingu, w którym finansujący za drobne czy wręcz symboliczne wpłaty, dostają nagrody, podziękowania czy produkty ze specjalnej serii.

W Polsce działają obecnie trzy platformy: Beesfund, Findfund oraz Crowdangels. Umożliwiają one rozruch biznesu firmom, nie mającym szans na kredyt czy finansowanie przez VC. Oprócz pierwszego zastrzyku gotówki, dzięki obecności na takiej platformie, właściciele emitenta otrzymują możliwość dotarcia do nowych partnerów biznesowych, bazy inwestorów, zewnętrzną ocenę wiarygodności swojego biznesu, oraz promocję i rozwój sieci klientów. W rozmowie z Money.pl Arkadiusz Regiec, właściciel Beesfund zwraca uwagę, że każdy udziałowiec, posiadający nawet jedną akcję, staje się swoistym ambasadorem marki, czy jej przedstawicielem handlowym. Opowiada o firmie znajomym, promuje ją w mediach społecznościowych. Dla małych firm to bardzo często wsparcie równie istotne, co uzyskany kapitał.

Sam model crowdfundingu udziałowego jest w Polsce na etapie zalążkowym, dlatego prowadzący platformy solidarnie podkreślają, że obecnie skupiają się na popularyzowaniu swoich przedsięwzięć wśród firmy i inwestorów oraz edukacji.

Społecznościowo można dobrze zarobić. Pierwsze sukcesy zachęcają inwestorów i startupy

Absolutny rekord polskiego crowdfundingu udziałowego padł na platformie Crowdangels. Produkująca organiczną aspirynę firma Willo, za 2,5% udziałów, zebrała ponad 1,5 mln zł od 29 inwestorów. Inne spółki pozyskują kwoty rzędu kilkuset tysięcy złotych.

Według obecnych przepisów, spółka pozyskująca kapitał do wysokości 100 tys. euro, może zrezygnować z publikowania prospektu emisyjnego oraz usług biura maklerskiego. Przy takich kwotach, jest to istotna oszczędność, otwarcie przyznaje Maciej Gnyszka, który na rozwój swoich Towarzystw Biznesowych pozyskał na Beesfund 400 tys. zł, w zamian za 9% udziałów. Ponad 320 tys. zł zebrała tam dotychczas firma Migam.pl, jeden z popularniejszych startupów w Polsce. Firma, dzisiaj pozyskująca milionowe kwoty od dużych inwestorów, zaczynała w 2012 r zbierając przez Beesfund 80 tys. zł w, ramach jednej z pierwszych emisji na tej platformie. 400 tys. zebrały inny startup, Take Task. Platforma oferująca usługi badawcza, łącząc firmy zlecające, z siecią posiadaczy aplikacji, nazywanych agentami. Za wykonane zadania otrzymują oni drobne wynagrodzenie, rywalizują też między sobą na platformie gamingowej.

Na platformie FindFunds, olsztyński producent gier Red Dev Studio, za 3,73% udziałów w kapitale, otrzymał od ponad 215 tys. od 22 drobnych inwestorów. Dwoje z nich przeznaczyło na tę inwestycję ponad 50 tys. zł.

Amerykańskie korzenie equity crowdfundingu

Pierwsze platformy powstały na przełomie lat 2009/10. Oczywiście w Stanach Zjednoczonych (ProFunder, EquityNet). Kolejne powstawały w Wielkiej Brytanii (Seeders). Wraz z powstawaniem platform i tworzeniem się narzędzi do finansowania inwestycji tą metodą, rozwijały się regulacje prawne. Niewielkie spółki, na zalążkowym etapie trudno poddać wiarygodnej ocenie. Dlatego ważne jest stworzenie aktów prawnych, gwarantujących bezpieczeństwo wszystkim stronom inwestycji. Arkadiusz Regiec z Beesfund wspomina, że jego firma sama musiała przeprowadzić sobie pierwszą emisję, żeby udowodnić, że przepis, pozwalający przeprowadzać emisje publiczne bez prospektu emisyjnego i memorandum inwestycyjnego, działa.

Equity crowdfunding jest więc kolejnym przykładem modelu biznesowego, opartego na nowych technologiach, którego rozwój czekał na dostosowanie ustawodawstwa. Przełomem w tym względzie była ustawa JOBS Act (Jumpstart Our Business Startups Act), podpisana przez Baracka Obamę w kwietniu 2012 r. Jej rozwiązania dotyczące zbiórek publicznych weszły w życie po czterech latach, w maju 2016 r. Umożliwia zakup udziałów drobnym inwestorom, posiadającym poniżej $1 mln w gotówce lub innych aktywach płynnych, oraz roczne dochody mniejsze niż $200 tys. Według niektórych analityków to bariera zbyt niska, do realnego rozwoju. Jednak właściciele najpopularniejszych platform są przekonani, że ich popularność czeka efekt kuli śniegowej.

Chance Barret, szef platformy Crowdfunder chwaląc swój biznes i branżę przewiduje, że do 2020 roku metoda społecznościowa wyprzedzi fundusze venture capital pod względem wartości zebranych środków od inwestorów.

Według analityków z Cambridge Centre for Alternative Finance i KPMG, w raporcie przygotowanym dla fundacji Nesta, brytyjski rynek w latach 2014 i 2015 wzrósł odpowiednio o 161% i 84% i był wart £3,2 mld. W tym samym roku brytyjski rynek VC wart był niecałe $5 mld. Analitycy EY wskazują, że finansowanie z funduszy VC uzyskują coraz większe, dojrzałe biznesy, w dalszych rundach finansowania. Inwestorzy coraz częściej szukają skrystalizowanych biznesów, oferujących pewniejszy zysk. To w naturalny sposób otwiera rynek dla finansowania społecznościowego. Według szacunków BI Intelligence do 2020 roku kwota kapitału zebranego tą metodą sięgnie $11 mld. Wszystko to są oczywiście luźne szacunki oparte na krótkotrwałych trendach, analizujących rynek bardzo wrażliwy na zmiany, operujący w bardzo dynamicznym otoczeniu. W Izraelu platforma OurCrowd w trzy lata umożliwiła zebranie $220 mln dla 93 przedsiębiorstw. Liczby te wskazują jednak na optymizm i potencjał społecznościowego finansowania inwestycji.

Polski rynek powoli buduje swoją skalę finansową. Do końca 2016 roku Beesfund umożliwił zebranie 1,7 mln zł. Lucyna Warda, zarządzająca platformą FindFunds, podkreśla, że sektor ten trudno nazwać innowacyjnym:

Na Zachodzie crowdfunding udziałowy działa już prawie dekadę i prężnie się rozwija, stając się coraz bardziej znaczącym źródłem finansowania spółek na wczesnym etapie wzrostu poprzez inwestycje od wielu inwestorów – tłumaczy Lucyna Warda, zarządzająca platformą FindFunds.

Krytyka modelu opartego na drobnych udziałowcach

Są również krytycy tego modelu. Ryan Caldback, właściciel platformy łączącej inwestorów ze startupami, w głośnym tekście w branżowym serwisie TechCrunch zwraca uwagę że określenie to jest błędne, bowiem koncentruje się inwestorze, którzy często nie w pełni rozumieją biznes, którego udziałowcami zostają. Według niego, finansowanie społecznościowe, jest jedynie kolejnym wariantem tradycyjnego finansowania rynkowego (marketplace investing).

Podsumowując, istnieją duże szanse, że inwestorzy i przedsiębiorcy w Polsce otrzymają dostęp do nowego sposobu inwestowania w najmniejsze projekty. Często obarczone dużym ryzykiem, ale z największym potencjałem do wzrostu w przypadku sukcesu.